Moja droga od pierwszych zajęć do egzaminu

W tym artykule będziecie mieli okazję dowiedzieć się, jak przeżyłam swoją przygodę od początku do końca kursu. Opowiem o podjęciu decyzji o zapisie, o swoich pierwszych miesiącach i o kursach wakacyjnych. Dowiecie się, jak się czułam podczas dwóch lat w DOMINie oraz jakie obawy mi towarzyszyły. Odkryjecie, co jest normalnym zjawiskiem wśród kursantów, czego należy unikać na kursach i jak ułatwić sobie życie rysunkowe. Pokażę Wam jak od ciężkich początków, rysunek stał się ważną częścią mojego życia. Odpowiem na pytania, jak radziłam sobie w swojej klasie maturalnej, czy widziałam rysunkowy progres, do jakich wniosków doszłam w czasie kursu. W podsumowaniu artykułu, znajdziecie złote rady, które sprawią, że Wasza droga będzie mniej kręta, niż moja :)!


Istotną kwestią w trakcie czytania artykułu, jest fakt, iż kończy się szczęśliwie i dzisiaj, po przejściu tej ścieżki, wspominam ten okres z ciepłem na sercu, ze łzami wzruszenia i poczuciem dumy. 

Studia architektoniczne - decyzja

Myślę, że każdy człowiek przed wszelkiego rodzaju zmianami ma pewne obawy. Czasem do podjęcia odważnych decyzji potrzeba pewnego impulsu.

Idea o pójściu na studia architektonicznie zrodziła się w mojej głowie już w ostatniej klasie gimnazjum. Jako osoba, która poszła do szkoły rok wcześniej, postanowiłam wykorzystać tę sytuację i zamiast liceum, wybrałam technikum. Jakie? Ekonomiczne. Dlaczego? Do dzisiaj nie mam pojęcia, choć nie żałuję. Dzięki temu na jednej z praktyk poznałam kobietę, która pchnęła mnie do zapisu na kurs rysunku. Od rozmowy z nią, do wysłania zgłoszenia, upłynęło jednak około 3 miesięcy.

W głowie miałam mnóstwo obaw. Czy sobie poradzę? Czy pogodzę kurs, szkołę i inne pasje? Czy nadaję się do tego? Czy nie mając dotychczas styczności z rysunkiem, mogę podjąć się kursu? Czy będąc z małej miejscowości, wytrzymam dwugodzinne dojazdy? Czy odnajdę się, nie znając Krakowa? W pewnym momencie jednak, uderzyła we mnie największa obawa, która wręcz zmusiła mnie do wypełnienia formularza. Czy zdążę się przygotować tylko w 2 lata?

Pierwsza wizyta w sklepie plastycznym

grubosci olowkow wybor
jakimi olowkami rysowac

Zgłoszenie wysłane. Pozostało tylko czekać na odpowiedź. Po niedługim czasie otrzymałam  maila zwrotnego z wszystkimi niezbędnymi informacjami, w tym- z listą materiałów. Pierwsza wizyta w plastyku wprawiła mnie w zawroty głowy. W miejscowości, w której mieszkałam, można pomarzyć o kupnie gumki chlebowej, versatila, czy teczki. Czekał mnie więc spacer do plastyka tuż przed zajęciami. 

Po kilkunastominutowym błądzeniu po krakowskich ulicach, trafiłam do jednego z nich. Weszłam tam z drżącymi dłońmi, nie bardzo wiedząc, jak wyglądają rzeczy, znajdujące się na liście. Po zgłoszeniu się do pracownika sklepu, otrzymałam informację, że dzisiaj obowiązuje samoobsługa, ze względu na spory ruch. 

Świetnie. Lepiej być nie mogło. Stanęłam przed stoiskiem z ołówkami i miałam ochotę się rozpłakać. Nie miałam zielonego pojęcia, jak wygląda versatil, czym się różni gumka chlebowa od powszechnie znanej “myszki” i jaką gramaturę papieru wybrać. Wołana co chwilę ekspedientka, w końcu zlitowała się nad niedoedukowaną w tej sprawie, zagubioną nastolatką i skompletowała wszystkie przedmioty z listy. 

Nieco uspokojona, że mam niezbędne przybory, ruszyłam na pierwsze zajęcia.  Z każdym krokiem, przybliżającym mnie do pracowni, czułam się coraz bardziej spięta. Każdy krok przybliżał mnie bowiem do wejścia na zupełnie nieznaną mi drogę. Drogę, która miała doprowadzić mnie do wymarzonych studiów. Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, ile czeka mnie pięknych chwil, a ile zakrętów…

Pierwsze zajęcia- pierwszy kryzys

Co tu dużo mówić. Byłam przerażona. Nie wiedziałam, czego się spodziewać i co mogę robić na pierwszych zajęciach. W momencie otrzymania materiałów z perspektywy, poczułam się zagubiona. Pamiętam, że nie bardzo rozumiałam, co robię, po co mi to potrzebne, co chce przekazać mi prowadząca. Moje kreski, obok jej, były krzywymi, grubymi plamami grafitu. Moja wyobraźnia przestrzenna kulała. Przebrnęłam przez podstawy perspektywy z niemałymi trudnościami. Po 4 godzinach zajęć byłam wykończona. W czasie dwugodzinnej drogi do domu miałam w głowie tylko jedno pytanie- czy ja się do tego nadaję?

Kolejny tydzień mojej przygody z rysunkiem nie zaczął się kolorowo. Jako osoba z fatalną orientacją w terenie, zgubiłam się w Krakowie i przyszłam na kurs spóźniona o 15 minut. Czułam się zakłopotana, zażenowana i zawstydzona, gdy weszłam do sali pełnej ludzi. Zajęłam  miejsce, otrzymałam materiały i nastąpiła powtórka z rozrywki. O CO CHODZI W ŚWIATŁOCIENIU? Przez całe zajęcia trudziłam się, żeby załapać podstawowe zasady konstruowania cienia. Po czterech godzinach, względnie zadowolona, że coś z tych zajęć wyniosłam, popełniłam ogromny błąd. 

Weszłam do sali obok zobaczyć zestawienie prac z próbnego egzaminu zaawansowanej grupy. Popatrzyłam na ich prawie wykończone, piękne prace i na swoją kartkę pełną bryłek, krzywych kresek i przekreślonych błędów. Poczułam się tak, jakby ktoś mnie spoliczkował. Podziękowałam za zajęcia i opuściłam pracownię ze spuszczoną głową. Całą drogę do domu przepłakałam, zastanawiając się, czy nie zrezygnować z kursu. Czułam się fatalnie. Miałam wrażenie, że ja nigdy nie osiągnę takiego poziomu, że pewnie wszystkim łatwiej przychodziło przyswajanie podstaw, że mogę pomarzyć o architekturze, że się do tego nie nadaję. Miałam w głowie mnóstwo wątpliwości, z którymi ciężko było mi sobie poradzić.

Kolejne dwa-trzy miesiące kursu minęły mi na krótkich przerwach, na zniechęceniu do rysunku i chęci poddania się. Byłam przybita. Jednak jestem osobą, która nieprędko rezygnuje z marzeń i postanowiłam dalej brnąć tą drogą, pomimo zakrętów już od samego początku. Dzisiaj wspominam te chwile z uśmiechem na ustach i łzami wzruszenia. Kurs wiele we mnie zmienił i jedyne, czego żałuję z tych pierwszych miesięcy, to że nie odważyłam się porozmawiać z prowadzącymi o moich wątpliwościach. Na chwilę obecną wiem, o ile ułatwia to życie.

kurs rysunku krakow architektura

Mój pierwszy wakacyjny kurs rysunku

Po ciężkich pierwszych miesiącach, postanowiłam nie rezygnować z rysunku przy okazji zakończenia roku szkolnego. Bez zastanowienia wypełniłam formularz dotyczący zapisu na kursy wakacyjne. Ten wybór był bez wątpienia najlepszą rzeczą, jaką mogłam w tamtym czasie dla siebie zrobić. 

Na zajęciach w wakacje panuje odrobinę inna atmosfera, mało kto w tym czasie stresuje się egzaminami. Poznałam wtedy wspaniałe osoby, które towarzyszyły mi do samego końca mojej rysunkowej drogi, zaczęłam częściej i chętniej rozmawiać z asystentkami na temat wątpliwości i oczywiście po 2 tygodniach rysowania kilka godzin dziennie, zaczęłam dostrzegać postępy. 

Istotną kwestią były dla mnie plenery, do których początkowo byłam uprzedzona. Z dnia na dzień przekonywałam się do nich coraz bardziej, a dzisiaj nie wyobrażam sobie, nie zabrać ze sobą szkicownika na jakąkolwiek wycieczkę! Dzięki kursom wakacyjnym odważniej wkroczyłam do pracowni we wrześniu, dużo chętniej przychodziłam na zajęcia, miałam lepszy kontakt z prowadzącymi. Zaczynałam czuć się w DOMINie, jak w drugim domu. Chociaż moje prace wciąż dalekie były do perfekcji i w tej kwestii dużo się nie zmieniło, ogromne zmiany dostrzegłam w swojej psychice.

WAŻNE: Wszystko siedzi w naszej głowie. Możemy wmówić sobie, że nie damy rady i poddać się, lub uwierzyć w siebie i walczyć aż do samego końca. To, co zrobimy, zależy tylko od nas.

wakacyjne plenery rysunkowe

Pytać, znaczy nie błądzić- kiedy przestałam się wstydzić niewiedzy?

Każdy kursant, który przychodzi do pracowni, początkowo ma ogromne obawy, żeby zapytać o coś, czego nie rozumie. W człowieku budzi się wtedy lęk, że tylko dla niego jest to trudne, wstyd, że pomimo wytłumaczenia, on wciąż nie wie, o co chodzi. Na samą myśl o podniesieniu ręki, oblewa go zimny pot. Na pytanie prowadzącego, czy wszystko jest jasne, jego organizm odpowiada przyspieszonym pulsem i drżącymi dłońmi…  

Każdy ma na początku ten problem. Ja też miałam. Nie powinno się jednak marnować czasu! Trzeba się w końcu przełamać i nie wahać się poinformować prowadzącego, że coś jest dla nas nieczytelne! Zarówno kursanci, jak i asystenci to tylko ludzie. Czasem zdarzy się, że prowadzący wyjaśni coś za szybko, zbyt chaotycznie, czasem uczeń na chwilę się zamyśli, czegoś nie dosłyszy. Te całkowicie normalne sytuacje wywołują jednak niemałe problemy.

 Ja zaczęłam dopytywać o najbardziej banalne rzeczy jakoś po 5 miesiącach kursu, gdy zorientowałam się, że często zdarza się, iż znaczna część grupy nawet nie wie, czego nie rozumie. Niejednokrotnie jedno proste pytanie i równie błaha odpowiedź, rozwiązywały wszelkie niedopowiedziane kwestie i nagle cała grupa zaczynała rysować! Jak za dotknięciem różdżki. WARTO PYTAĆ! O wszystko i od razu! Nie dopiero po kilku miesiącach zajęć.

Przemęczenie techniki - mój drugi kryzys

Zimowy czas wielu ludziom kojarzy się ze stanami wręcz depresyjnymi, smutkiem i zmęczeniem, spowodowanym pogodą i niedostatkiem słońca. Moja pierwsza rysunkowa zima była podwójnie ciężka. 

Rozpoczął się wtedy drugi poważniejszy kryzys w trakcie dominowej przygody. Oprócz zimowej aury na mój stan wpływ miało przemęczenie techniki. Po kilku miesiącach rysowania ołówkiem, miałam go dosyć. Nie mogłam patrzeć na moje prace, nie kończyłam żadnego rysunku, na zajęcia przyjeżdżałam przybita. Kolejny raz przeszło mi przez myśl, że się do tego nie nadaję, że to nie dla mnie. Cały wakacyjny entuzjazm wyparował. Radość z jakiegokolwiek progresu zniknęła. Asystenci bardzo mi pomagali, próbowali zmotywować do pracy. To był ciężki czas. Kolejny zakręt na drodze do wymarzonego kierunku studiów. 

Czy zrezygnowałam z kursu? ABSOLUTNIE NIE. Czy o tym myślałam? Oczywiście, że tak. Ale wierzyłam, że skoro przeszłam przez pierwszy kryzys, drugi też przezwyciężę. Jak się udało? Zaczęłam eksperymentować z innymi technikami. Sprawiło mi to wiele radości i satysfakcji, oddanie pracy trymestralnej stało się moim ratunkiem. Zaczęłam coraz chętniej rysować cienkopisem, stopniowo przekonywałam się do kredki, a moją ulubioną techniką wtedy stała się biała kredka na czarnym papierze.

ODZYSKAŁAM RYSUNKOWE ŻYCIE! Po trzech miesiącach walki sama ze sobą, przy pomocy asystentek i własnego uporu, zwyciężyłam w bitwie z kryzysem. Znowu wyszłam na prostą, jeszcze bardziej zmotywowana, jeszcze silniejsza, jeszcze bardziej zdeterminowana i gotowa do dalszych wyzwań.

plansza architektury współczesnej, muzeum lotnictwa w krakowie rysunek, muzeum lotnictwa projekt

cienkopis + flamaster

rysunek architektury współczesnej, projektowanie budynków na rysunku, kolorowy rysunek architektoniczny, kurs rysunku kraków

cienkopis + kredki

rysunek ulicy pijarskiej w krakowie, rysunek na szarej kartce, plenery rysunkowe w krakowie

cienkopis i biała kredka na szarej kartce

plansza architektoniczna, rysunek architektoniczny kredką, kurs rysunku architektury współczesnej, rysunek kredką, rysunek abstrakcyjny,

cienkopis + kredka

rysunek kościoła cienkopisem, rysunkowe wstawiacze, kurs rysunku w Krakowie, rysunek architektoniczny, DOMIN Kraków, najlepszy kurs rysunku w Krakowie

cienkopis

rysunek nowoczesnego budynku markerem, rysunek szklanego budynku, jak narysować szkło markerami, kurs rysunku architektury nowoczesnej, projektowanie budynków

flamaster

Roczny progres - czy go widać?

Patrząc na pierwsze rysunki, śmieję się sama z siebie. Podstawowe błędy, które popełniałam, z czasem stawały się dla mojego oka coraz bardziej widoczne. Każda kolejna praca przynosiła coraz lepsze efekty. Z każdym rysunkiem uczyłam się czegoś nowego, zdobywałam warsztat, który z zajęć na zajęcia zaczął przykrywać znaczną ilość początkowych pomyłek. Choć po roku, nieustannie odnosiłam wrażenie, że TO JESZCZE NIE TEN POZIOM, już czułam się nieco pewniej. Nie bałam się zrobić na rysunku pierwszych kresek. Odważniej podchodziłam do zadań, z większym zapałem zabierałam się do samodzielnego rysunku w domu. Nabrałam własnego stylu, miałam swoją “kreskę”, eksperymentowałam z fakturami, “wstawiaczami”. Kurs zaczął sprawiać mi coraz większą przyjemność. Widziałam już progres, jednak wciąż nie był on dla mnie wystarczający. Wciąż czułam się niegotowa na egzamin. Postanowiłam więc, zrobić to samo, co rok wcześniej, tylko z większym przytupem!

jeden z pierwszych moich rysunków

rysunek wykonany po egzaminie na Architekturę

Kurs wakacyjny w innym mieście- dlaczego warto?

Łatwo domyślić się, że zachwycona kursem wakacyjnym poprzedniego roku, postanowiłam ponownie wziąć w nim udział. Z tą różnicą, że zdecydowałam się na trzytygodniowy, intensywny kurs w DOMIN Wrocław. Spakowałam walizki i pojechałam do rysunkowego raju! 

18 dni, 10-12 godzin rysunku dziennie (zajęcia+dom), 35 prac. Po 21 dniach pobytu w Europejskiej Stolicy Kultury, zrobiłam przegląd i w przeciągu mojej ponad rocznej przygody z rysunkiem, nigdy wcześniej nie czułam się tak dobrze. 

Miałam przed sobą kilka prac, które do dzisiaj uważam za udane. Pierwszy raz od początku kursu, poczułam się dumna z siebie. Aż do maratonu egzaminacyjnego, to był mój największy rysunkowy skok wzwyż. Progres, który osiągnęłam we Wrocławiu sprawił, że we wrześniu do pracowni przyszłam, jako zupełnie inna osoba. Odkryłam miłość do kolejnej techniki- malowania kawą. Swobodnie zaczęłam samodzielnie chodzić na plenery. Bez oporów siadałam na chodniku i rysowałam to, na co miałam ochotę. 

Moja kreska stawała się coraz pewniejsza, prostsza. Zaprzyjaźniłam się z cienkopisem, który oprócz pewnej ręki, dodał mi w bonusie umiejętności nie używania gumki. Nauczyłam się rzeczy, które są przydatne do egzaminów we Wrocławiu. Spróbowałam rysunków science-fiction, nauczyłam się rysować samochód, uczęszczałam na kurs postaci. Poznałam mnóstwo osób, z którymi rok później, spotkałam się na egzaminie. To był rewelacyjny pomysł na połączenie wakacyjnego wyjazdu ze zdobyciem rysunkowego warsztatu!

aktywny sposób na wakacje, efektywny sposób na spędzenie czasy wolnego, plenery rysunkowe w krakowie
rysunkowe plenery zagraniczne, nauka rysunku architektonicznego w plenerze, kurs rysunku w wakacje

Czas, czy ilość- co ma znaczenie?

Po 4 trymestrach rysunku, które zawierały dwa kryzysy, liczne przerwy, nieskończone prace w domu, ze względu na lęk przed błędami, lenistwo i dużo marudzenia oraz po dwóch kursach wakacyjnych doszłam do bardzo istotnych wniosków:

  1. Zmarnowałam rok kursu z własnej winy! Tak. Dzisiaj, pomimo, że dostałam się na studia, wciąż uważam, że nie wykorzystałam swoich możliwości w ciągu pierwszych 4 trymestrów mojej rysunkowej przygody z DOMIN’em. Nie warto marnować czasu i możliwości. Kończenie prac się opłaca, popełnianie błędów uczy. Każda skończona praca to +10 do rysunkowych umiejętności!!
  2. Nie liczy się, czy rysuję rok, dwa, pięć, czy siedem! Jeśli w przeciągu roku wykonam 50 prac, które pomimo błędów, będą wykonane przeze mnie, wysiedziane przez kilkaset godzin i skończone, osiągnę znacznie większy progres niż osoba, która przez 5 lat rysunku nie ma ani jednej pełnej pracy!
  3. NIE MA CZEGOŚ TAKIEGO JAK TALENT- ISTNIEJE TYLKO CIĘŻKA PRACA! Oto zdanie, które powtarzam każdemu, kto stwierdzi, że nie jest utalentowany. Żadne z nas nie przyszło tutaj z wybitnymi zdolnościami manualnymi. Nikt po tygodniu rysowania nie był gotowy na egzamin. Nikt po zrobieniu 5 rysunków nie stawał się drugim Picasso! Każdego, kto rozpocznie kurs czeka długa droga do osiągnięcia wymarzonego poziomu. Nie ma co się zniechęcać- ciężka praca, przynosi efekty. Prędzej, czy później.

Klasa maturalna- jak sobie poradziłam?

Po kursie wakacyjnym we Wrocławiu otworzyły mi się oczy. Nadszedł wrzesień czwartej klasy i pojawił się problem. Jak w 9 miesięcy przygotować się do kilkunastu egzaminów? Trudność dla uczniów techników, którzy wybierają się na studia polega na tym, że klasa maturalna w 50% jest poświęcona na egzaminy zawodowe. Liczba godzin na przedmioty ogólne w pierwszym półroczu była ograniczona do minimum. Od początku klasy maturalnej byłam świadoma, że jak nie dam z siebie wszystkiego, jak nie będę trzymać poziomu od początku do końca, jak się złamię i odpuszczę, to nie dam rady. 

Byłam nastawiona bojowo. Z 4 rozszerzeń, które zdawałam, nie byłam gotowa na żadne. Wybrałam 2 priorytetowe, jedno ważne, jedno do podejścia i zabrałam się do pracy. Czy było mi ciężko? Owszem, było. Zależało mi na dobrym wyniku zarówno z egzaminów zawodowych, matur i egzaminów na studia. Miałam zaplanowany cały harmonogram powtórek, chodziłam na korepetycje z matematyki, starałam się, jak najczęściej w tygodniu było to możliwe, rysować, dojeżdżałam na kursy do Krakowa. Oprócz tego, jako sportowiec, nie chciałam rezygnować z treningów- trzy razy w tygodniu, dawałam sobie półtorej godziny na rozładowanie emocji. 

Co jest istotne? Nie zarwałam żadnej nocki, miałam czas wolny, sporadycznie wychodziłam ze znajomymi, starałam się wieczorami spędzać czas z rodziną, rysując przy nich. Nie stałam się zombie, nie potrzebowałam kawy, by przeżyć. Były gorsze i lepsze momenty. Czy dałam radę? Dałam z siebie 100% i wiedziałam, że nie mam sobie nic do zarzucenia. Wszystko szło zgodnie z planem. Pomimo wielu słabości, kilku ciężkich momentów, gdy zaczynałam panikować, gdzieś w głębi duszy wierzyłam, że się opłaca. Wspominam klasę maturalną z poczuciem dumy. ZŁOTA RADA? Planować, organizować czas, nie odkładać nic na ostatnią chwilę, nie myśleć cały czas o egzaminach. Skupić się na pracy. Po egzaminach zawodowych, odpuściłam troszkę rysunek, żeby poświęcić więcej czasu na matury. Wciąż kończyłam rysunki w domu, jednak czasem musząc wybierać między matematyką a rysunkiem, skłaniałam się ku królowej nauk. Po zakończeniu egzaminów dojrzałości odetchnęłam przez 4 dni i po raz kolejny z bojowym nastawieniem ruszyłam na maraton rysunkowy.

Maraton przed egzaminem- ostatnie kręte

Zostało 5 tygodni do egzaminu. Mój poziom rysunkowy dalej nie jest zadowalający. Bezustannie czuję, że moje prace są za słabe. Nie mam szans. Nie dostanę się. Inni są lepsi. Rozmowy z koleżankami z kursu opierają się na “Ty przynajmniej…”, “U ciebie to jakoś wygląda..” itp.

To przeżył KAŻDY. Uwierzcie- KAŻDY kursant ma w głowie dokładnie takie myśli. Od samego początku, do samego końca kursu, w zasadzie aż do dnia wyników, żaden z nas nie czuł się wystarczająco dobry. Nikt nie był pewny, że się dostanie. Porównywaliśmy się do siebie nawzajem. To nas motywowało, ale jednocześnie momentami czuliśmy się przytłoczeni. Ja obawiałam się, że skoro nie wybijam się na tle grupy 20-osobowej, to jak mam wyróżnić się wśród ponad 700 osób?! W czasie maratonu nie byłam zadowolona ze swoich prac. Na początku bałam się, że nie zdążę narysować niczego w 4 godziny. Pomimo ogromnego stresu, napięcia i świadomości, że od tego miesiąca zależy właściwie znaczna część mojego życia, te intensywne 5 tygodni spędzone w pracowni, to był najlepszy okres klasy maturalnej. Wchodząc rano na zajęcia, czuło się zapach grafitu. Ludzie wokół nagle stawali się jednością. Zupełnie różne osoby, spędzały ze sobą czas, robiąc to, co kochają. Dzięki temu właśnie byliśmy jak rodzina. Chwaliliśmy siebie nawzajem, pocieszaliśmy się, gdy mieliśmy kryzysy, motywowaliśmy, gdy brakowało zapału. Ciężkiej pracy towarzyszyło poczucie przynależności. To właśnie tu chcieliśmy być. To było nasze miejsce. To chcieliśmy robić. Nie powiem, że było łatwo. Nie było. Były bardzo dołujące dni, ale zdarzały się chwile satysfakcji. Porównanie pierwszej i ostatniej martwej natury. Pierwszy skończony rysunek w 4 godziny. Pochwała od astystentki na tle grupy. Każda taka chwila dowartościowywała. Sprawiała, że czułam się bliższa celu. Jednak, czy przed egzaminem czułam się gotowa? Zdecydowanie nie. Czy byłam zadowolona ze swojego poziomu? Możecie się domyślić. Jak dzisiaj na to patrzę? Z uśmiechem na ustach. Poradziłam sobie. Wszyscy daliśmy radę!

szkola rysunku krakow, pracownia malarska w krakowie, intensywny kurs rysunku przed egzamina

EGZAMIN

Sam przebieg egzaminu nie jest tu istotny (przeczytasz o nim więcej tutaj). Co jest ważne? Po wyjściu z wydziału czułam się ZAWIEDZIONA. Moja praca była koszmarem. Przynajmniej, takie było moje zdanie. Zaufajcie- na egzaminie nie robi się pracy życia. Nikt nie jest z siebie w pełni zadowolony. Kiedy już cały stres zniknął, gdy dotarło do mnie, że to już koniec, przepłakałam dwie godziny, nie wierząc, że mam to za sobą. Czekał mnie tydzień napięcia, oczekiwanie na listę i jest… DOSTAŁAM SIĘ. Po raz kolejny poniosły mnie emocje. Wylałam w czasie 2 lat hektolitry łez. Ze stresu, zmęczenia, paniki, lęku. Jednak te kilka dodatkowych kropli, które spłynęły, po otrzymaniu wyników, były warte każdej przepłakanej wcześniej chwili. Nie ma lepszego uczucia, niż duma, satysfakcja i poczucie ulgi. WARTO BYŁO WALCZYĆ. WARTO BYŁO PRACOWAĆ. Warto było przyjść na kurs. Wtedy dopiero poczułam się wystarczająca. Wtedy poczułam, że się nadaję. Już wiedziałam, że jestem tu, gdzie chcę być. Że jestem na swoim miejscu.

"Skutki uboczne" kursu

Co zmienił we mnie kurs? Czego się nauczyłam? Jakim człowiekiem się stałam? Co zyskałam? Oto lista skutków ubocznych, które przyniosły dwa lata w DOMINie.

odwaga

Przychodzenie na kurs w pierwszych tygodniach wymagało ogromnych jej ilości. Dzisiaj, znacznie szybciej podejmuję decyzje i nie boję się angażować w nowe zajęcia, pomimo przeszkód.

przyjaźń

Poznałam ludzi, którzy dzielą ze mną pasje. Wiem, że są to znajomości, które mają szansę przetrwać latami. O ile łatwiej idzie się na studia, wśród swojej watahy.. :)

pewność siebie

 +100 do samooceny. Sposób, w jaki umiejętności, które posiadamy, zwiększają naszą wartość, jest nie do opisania. To trzeba przeżyć na własnej skórze.

siła

Dzisiaj wiem, że nic mnie nie złamie. Przeszłam kilka kryzysowych chwil. Wiem, jak ciężko bywało. Wiem też jednak, że dałam radę. Warto spełniać marzenia i dążyć do obranego celu. Z każdym potknięciem, prostujemy się.  Z każdym upadkiem- wstajemy. Po każdym zakręcie, stajemy się silniejsi.

własny sposób postrzegania świata

Pewien ciekawy człowiek na ulicy ( gdy poszłam sama na plener) powiedział mi, że niesamowite jest, w jaki sposób widzę świat. Każdy, kto rysuje, jest w stanie przenieść to, co widzi na kartkę papieru. Widzimy więcej. Czujemy piękno, którego inni nie dostrzegają. Świat innych ludzi jest płaski. Nasz świat ma trzeci wymiar. 

cierpliwość

 Ogromne TAK dla rysunku! Zawsze byłam “narwaną” osobą. Chciałam JUŻ umieć, JUŻ wiedzieć. Kurs nauczył mnie, że potrzeba wytrwałości, cierpliwości i czasu, żeby osiągnąć określone efekty. Dzisiaj potrafię pracować nad rysunkiem godzinami, dbając o każdy najdrobniejszy szczegół.

ambicja

 Im więcej umiem, tym więcej umieć chcę. W tym nie ma końca. Szukam nowych technik, rysuję na różnych papierach, różne rzeczy. W pewnym momencie, staje się to niezwykle ekscytujące.

Celem tego artykułu jest pokazanie Wam, że wszyscy mieli wątpliwości i obawy. Z każdą z nich powinniście przyjść do asystentów. Oni pomogą Wam, poradzić sobie z nawet największym kryzysem, bo każdy przeżył je na własnej skórze. Ja też. To są zupełnie naturalne zjawiska, które nie powinny być powodem do rezygnacji z marzeń. Jeśli zaobserwowaliście u siebie, choć jeden z problemów wymienionych w czasie mojej przygody rysunkowej, nie martwcie się. Jesteście w dobrym miejscu, nadajecie się do tego i poradzicie sobie świetnie. Nawet na tej krętej i ciężkiej do przejścia drodze, gdzieś czeka spokój, ulga i radość. Wystarczy cierpliwie na niej pozostać i nie wypaść z zakrętów.

lista porad, które ułatwią pozostanie na dobrym torze :) :
  1. Nie bój się pytać, nawet 3 razy.
  2. Przychodź do asystentów z każdą wątpliwością i obawą.
  3. W czasie kryzysów- nie rezygnuj, staraj się walczyć do końca.
  4. Nie porównuj się do innych (każdy z nas pracuje innym tempem, ma inny styl i swoją własną kreskę; możesz czerpać z prac innych, nigdy nie czuj się od nich gorszy)
  5. Kończ rysunki (+10 to umiejętności)
  6. Eksperymentuj z innymi technikami; na początku może nie wychodzić, ale po czasie można się zakochać
  7. Nie bój się rysować w domu i popełniać błędy. Drugi raz się nie pomylisz.
  8. Nie unikaj martwej natury– oprócz tego, że jest obowiązkowa na egzaminie, uczy zachowania proporcji i gładkiego szrafu.
  9. Korzystaj z kursów wakacyjnych– nie ma lepszego sposobu na aktywne, ciekawe i rozwijające wakacje.

autor: Patrycja Mikołajek

zobacz też:

 

AK

Zostaw komentarz

Przeczytaj też